Wspinaczka
OPIS
OPIS
- Wysokość max: 4807 m n.p.m
- Punkt wyjścia: Les Houches
- Długość drogi: -
- Trudność: PD
- Czas przejścia: 60 (h)
- Wystawa: -
- Zejście (jak): ta samą trasą
- Skojarzone nazwy: Mount Blanc
- Link: -
Tak naprawdę nasza wyprawa zaczęła się w moim ulubionym Parku Narodowym Gran Paradiso, a dokładnie na szczycie o tej samej nazwie (4061 m.n.p.m, najwyższy szczyt w Alpach Grackich ), gdzie udaliśmy się w celu zdobycia aklimatyzacji . Po jego zdobyciu udaliśmy się do Chamonix, aby już na drugi dzień (noc spędziliśmy na polu namiotowym w Les Houches) udać się kolejką linową z Les Houches na wysokość 1800 m.n.p.m gdzie ma swoja stację popularny Tramwaj du Mont Blanc, który praktycznie rozpoczyna swój bieg w St- Gervais-Les; Bains a kończy na Le Nid d-Aigle na wysokości 2372 m n.p.m.
Od ostatniego przystanku tramwaju idziemy szlakiem cały czas pod górę dochodząc do naszego pierwszego obozu na Tete Rousse ( 3167 m n.p.m. ). Tam spędzamy noc. Już o świcie (pobudka około godziny 4:30),jemy śniadanie i z zamiarem dojścia do drugiego obozu na Gouter ( 3817 m n.p.m. ) atakujemy Wielki Kuluar zwany pieszczotliwie The Rolling Stones tj. Kuluar Spadających Kamieni. Właściwie jest to jeden z najtrudniejszych fragmentów tej trasy na Mt Blanc. Do przejścia jest 500 m skały. Na Kuluarze warto jest założyć raki, gdyż pomimo, że do przejścia jest tylko kilka metrów odcinek ten jest bardzo stromy i śliski. Po około 3 godzinach dochodzimy do schroniska na Aiguille du Gouter. Tutaj można zjeść ciepły posiłek, napić się herbaty i sprawdzić prognozę pogody. Tutaj rozbijamy obóz wypadowy na Mont Blanc.Wczesnym rakiem około godziny 5 rano wyruszamy w kierunku Mont Blanc z zamiarem zdobycia szczytu. Po około 2,5 godz. wspinaczki dochodzimy do schronu Vallot, następnie pokonujemy lodowe granie Grande Les Bosses, Petite;aż w końcu po około 6 godzinach wspinaczki dochodzimy do szczytu najwyżej położonego miejsca w Europie;Mont Blanc (4800 m.n.p.m) ! Spędzamy tam około 30 min a następnie wracamy do naszego obozu na Gouter, gdzie spędzamy noc. Kolejnego dnia schodzimy do Les Hoches i w końcu możemy uczcić zdobycie szczytu francuskim winem...
Od ostatniego przystanku tramwaju idziemy szlakiem cały czas pod górę dochodząc do naszego pierwszego obozu na Tete Rousse ( 3167 m n.p.m. ). Tam spędzamy noc. Już o świcie (pobudka około godziny 4:30),jemy śniadanie i z zamiarem dojścia do drugiego obozu na Gouter ( 3817 m n.p.m. ) atakujemy Wielki Kuluar zwany pieszczotliwie The Rolling Stones tj. Kuluar Spadających Kamieni. Właściwie jest to jeden z najtrudniejszych fragmentów tej trasy na Mt Blanc. Do przejścia jest 500 m skały. Na Kuluarze warto jest założyć raki, gdyż pomimo, że do przejścia jest tylko kilka metrów odcinek ten jest bardzo stromy i śliski. Po około 3 godzinach dochodzimy do schroniska na Aiguille du Gouter. Tutaj można zjeść ciepły posiłek, napić się herbaty i sprawdzić prognozę pogody. Tutaj rozbijamy obóz wypadowy na Mont Blanc.Wczesnym rakiem około godziny 5 rano wyruszamy w kierunku Mont Blanc z zamiarem zdobycia szczytu. Po około 2,5 godz. wspinaczki dochodzimy do schronu Vallot, następnie pokonujemy lodowe granie Grande Les Bosses, Petite;aż w końcu po około 6 godzinach wspinaczki dochodzimy do szczytu najwyżej położonego miejsca w Europie;Mont Blanc (4800 m.n.p.m) ! Spędzamy tam około 30 min a następnie wracamy do naszego obozu na Gouter, gdzie spędzamy noc. Kolejnego dnia schodzimy do Les Hoches i w końcu możemy uczcić zdobycie szczytu francuskim winem...
Ważne informacje !
Wypróbuj system Emess - Emergency Message jeżeli wyruszasz i chciałbyś zostawić wiadomość gdzie idziesz.
Jeżeli znalazłeś informacje, których szukałeś i jesteś zadowolony z zamieszczonych tutaj artykułów to dodaj swoją Relację jak wrócisz, albo stwórz nowy Opis jeżeli taki jeszcze nie istnieje. Pamiętaj, że nawet sama rejestracja (całkowicie bezpłatna) przyczynia się znacznie do rozwoju serwisu.
Jeżeli znalazłeś błąd, skontaktuj się z nami.
Opis oraz Relacje są subiektywnymi artykułami zamieszczanymi przez użytkowników portalu. Administrator nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody powstałe w wyniku zastosowania się do treści zamieszczonych na portalu Toposfera.pl.
Kto tam był ?
RELACJE
RELACJE
Data aktywności: 02-08-2009, Autor: xtomek
, Link: http://www.xtomek.com/archiwum/poznan/170-mont-blanc-2009
Nazwaliśmy się Body&Soul Doctors Mont Blanc Expedition 2009, czyli Lekarze Ciała i Duszy na Dachu Europy. Tak jakoś nam się skojarzyło, bo Paweł jest lekarzem medycyny, no a ja księdzem. Mieli być z nami jeszcze Agata i jej mąż Paweł, ale niestety musieli odpuścić, bo Paweł nie dostał urlopu :-/ Myknęliśmy samochodzikiem mojej bratowej do Chamonix. 18 godzin jazdy, piękne autostrady, nic tylko lać paliwo, płacić i jechać :-) Noclegi - wiadomo - pod namiotem. Francuskie kempingi są wypasione. My przyzwyczajeni do polskich warunków, pamiętając ze spływów kajakowych, że cywilizacja na kempingu to Toi-Toi i miejsce na ognisko, wypaliliśmy już na wstępie tekstem: "A ciepłą wodę i prysznice macie?", a pani w recepcji na to: "To chyba oczywiste, że mamy?!" Tak więc za jedyne 7 Euro od osoby mieliśmy miejsce na namiot, parking, prysznice, aneks kuchenny i pralki ze strefą suszenia (która okazała się bardzo przydatna w deszczowe dni, żeby w niej... zjeść kolację :-). W necie jest kilkanaście kempingów w okolicy. W samym Chamonix są trochę droższe, więc myknęliśmy do Les Bossons (to tylko 3km). Polecamy Les 2 Glaciers (czyli Dwa Lodowce) - to właśnie nasz kemping. Bardzo fajny! Roztaczają się z niego widoczki na dwa potężne lodowce spływające z odległych szczytów. Najpierw zadbaliśmy o aklimatyzację. Wspinaczka powyżej 3000m może dać się we znaki ze względu na niskie ciśnienie (na szczycie Mont Blanca jest tylko 650 hPa! Norma na nizinie to ok. 1000 hPa) oraz mniejszą zawartość tlenu w powietrzu. Serce i płuca muszą się do tego powoli przyzwyczajać, inaczej grozi tzw. choroba wysokościowa. Są różne sposoby aklimatyzacji. My wybraliśmy "francuski", tzn. wejść wysoko za dnia - zejść niżej na nocleg. I tak coraz wyżej. Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Już w pierwszy dzień deszcz przegonił nas z 2300m, a w drugi... no to się działo! Po południu przyszły masakryczne chmury, a my na środku lodowca Argentiere (chcieliśmy iść do schroniska na 2700, a na następny dzień na przełęcz na 3700). Ścieżka w śniegu dawno zniknęła (zresztą byliśmy tam w czerwcu, czyli przed sezonem, więc w ogóle mało ludzi było - kempingi są puste, schroniska Gouter i Tete Rousse mało obciążone - mieliśmy nawet miejsca na łóżkach!, a w nocy na szczyt Mont Blanca wychodziło z nami "tylko" 50 osób). Zaczęło się robić ciemno, wokół nas jedno gęste mleko, idziemy na kompas i mapę… i mogliśmy minąć schronisko choćby o 20m i pewnie byśmy tego nie zauważyli. W końcu decyzja - czas pomyśleć o przetrwaniu. Znaleźliśmy przytulną skałę, przy niej wykopaliśmy czekanami przytulną jamę śnieżną, no i chcąc nie chcąc spędziliśmy noc w "lodówce" na wysokości 2600m. Wieczorem żegnaliśmy się ze sobą... bo nie wiadomo, czy wstaniemy (-15 stopni robi wrażenie). Było ekstremalnie, i to na maksa! Rano, o świcie, gdy zobaczyliśmy, że mgły już nie ma i że widać szczyty i że może jednak przeżyjemy - dostaliśmy takiej głupawki, jak nigdy. A jak zeszliśmy do cywilizacji (czyli do wyraźnej ścieżki, na której się nie zgubisz, choćby lało i trzaskało) odprawiłem taką mszę dziękczynną, jak nigdy w życiu! Dziękowaliśmy Bogu po prostu za to, że żyjemy. Czad! Co do jamy śnieżnej, to chyba przeżyliśmy tylko dlatego, że jesteśmy Polakami ;-) Bo, jak Francuz idzie do schroniska, to bierze plecak z kanapką i wodą mineralną, oraz gruby portfel. A my: przecież za pościel płacić nie będziemy - no to bach, śpiwór. Za wodę też nie - no to bach, maszynka gazowa i menażka do topienia śniegu. Za jedzenie tym bardziej nie! No to bach, prowiant do plecaka. W sumie byliśmy wyposażeni nawet w folię ratunkową NRC (a'propos - bardzo przydatna w takiej sytuacji!). Szanse więc mieliśmy spore ;-) Następnego dnia - pokornie - wsiedliśmy do kolejki linowej i za "jedyne" 40 Euro myknęliśmy "na skróty" na 3800m na Agile du Midi. Tam powędrowaliśmy do schroniska Cosmiques i z powrotem. Okazało się jednak, że nasza aklimatyzacja zupełnie wystarczy. W czasie ataku szczytowego Paweł miał tylko lekki kaszel "wysokościowy", a mnie głowa bolała przez 20 minut przy schodzeniu. Ci, którzy mieli kiedykolwiek "wysokościówkę" wiedzą, że to nic, w porównaniu np. z wymiotami, biegunką, totalnym osłabieniem, bezsennością itp. Wielu odpuszcza tuż przed szczytem z powodu złej aklimatyzacji. W zasadzie na Mont Blancu, który nie jest aż tak trudnym szczytem, załatwić cię mogą 4 rzeczy: brak aklimatyzacji, załamanie pogody, odwodnienie oraz ewentualnie amatorzy na szlaku (wymijanie na stromej i wąskiej grani jest miejscami dość "ciekawe" ;-) Jose mógłby poświadczyć - jego dwaj kumple wymiękli z powodu "wysokościówki" na godzinę przed szczytem. Aż żal było patrzeć. Jose dołączył więc do nas, jako, że było nas tylko dwóch, a optymalna liczba w asekuracji na lodowcu i na grani to Trójka. Więc i my się ucieszyliśmy :-) Atak szczytowy postanowiliśmy poprowadzić "od samego dołu". Wyruszyliśmy z miejscowości Les Houches (1100m). 90% "zdobywców" podjeżdża kolejką Tramway du Mont Blanc do stacji Nid d'Aigle na 2400m i potem wskakują w 2 dni tam-i-z-powrotem. Ale przecież my na łatwiznę nie idziemy! Tak więc zziajani i zmachani dotarliśmy do schroniska Tete Rousse na wys. 3160m. Warto zadzwonić o poranku danego dnia i dowiedzieć się o wolne miejsca (Tel. Tete Rousse: 0450544093 :: Gouter: 0450582497). Często się zdarza, że biura turystyczne, które zarezerwowały wszystko już pół roku wcześniej, rezygnują potem i jest szansa na spanie w łóżku, a nie na podłodze. Przy okazji: koreczki do uszu to obowiązkowe wyposażenie! Sale są 20-to osobowe i bez nich nie ma szans na spokojny sen! Nocleg, czy to na podłodze, czy w wyrku: 25 Euro. Dźwigaliśmy ze sobą całą masę sprzętu. Plecaki ważyły po 25 kg. Mieliśmy prowiant, karimaty (w razie spania na podłodze), śpiwory, 50m liny 12tki (zupełnie niepotrzebne - wystarczyłoby 20m/8mm - no chyba, że załamałaby się pogoda i ktoś wpadłby do szczeliny lodowcowej). Były też śruby lodowe, taśmy, repiki, karabinki. Eh! W sumie byliśmy gotowi na wszystko i trochę z zazdrością patrzeliśmy na tych, co gotowi na wszystko nie byli, ale za to mieli tylko malutkie plecaczki ;-) Najniebezpieczniej jest na grani Goutera - pomiędzy schroniskiem Tete Rousse a schroniskiem Goutera (3820m). Jest to stroma ściana na 4 godziny podejścia, pieszczotliwie nazwana przez alpinistów: Rolling Stones Couloir, a to dlatego, że ciągle spadają tam kamienie. Trzeba ją przechodzić wcześnie rano, póki kamienie są zmrożone i słoneczko nie wprawi ich w ruch. Konieczny jest oczywiście kask. Tam też najbardziej przydają się taśmy i karabinki, którymi można się wpiąć w stalowe liny umieszczone w skale w najbardziej ekstremalnych miejscach. Tam straciłem aparat, który stwierdził, że sobie polata, i wypiąwszy się z mojego plecaka, poleeeeeciał w śnieżno-skalną otchłań. To dlatego w tym artykule jest tak mało zdjęć. To, co jest, to zdobycze naszych komórek. Na szczęście ostała się kamera, a studio xtomek Pictures już produkuje film ;-) Pierwszy dzień zajęło nam podejście do Tete Rousse, drugi do Goutera i popołudniowe kilkugodzinne topienie śniegu (dla dwóch osób trzeba było ok. 4 litrów na samo uzupełnienie płynów, żeby się nie odwodnić). Na tych wysokościach traci się o wiele więcej wody niż zwykle - pocenie jest mało odczuwalne, bo jest zimno, a do tego oddychanie, o wiele częstsze, bo mało tlenu. Wypić 2 litry płynów dziennie to podstawa. Trzeba też pamiętać o minerałach w tabletkach do rozpuszczenia w wodzie (zwłaszcza potas i sód). Roztopiony śnieg jest praktycznie wodą destylowaną i zamiast uzupełniać minerały w organizmie - wypłukuje je. Przy okazji udowodniliśmy po raz kolejny, że Polak potrafi Na dachu schroniska Goutera jest sporo śniegu, który roztapia południowe słoneczko - wystarczy podstawić menażki na rynnę i już! :-) Szybko i bez marnowania gazu! A kwestie grzybków i innych pleśni rozwiał szybko pan doktor Paweł: "Na tej wysokości?!" ;-) Ostatni etap wspinaczki zaczyna się między 1 a 2 w nocy. Ktoś to nazwał "masowym eksodusem ze schroniska". I tak to wygląda. Rząd kilkudziesięciu czołówek wspinających się trawersem pod górkę sprawia wrażenie choinki. Zabłądzić nie sposób, bo idziemy grzecznie jeden-za-drugim. Podejście zajęło nam 5 godzin i 20 minut. Niezły czas, zwłaszcza, że tydzień wcześniej był tam Zinedine Zidane i zajęło mu to 6 godzin (a do tego jeszcze przywieźli go do schroniska helikopterem :P). Tak więc stanęliśmy na szczycie o 7.50 rano. To było niesamowite. Wszystko wydawało się takie malutkie. Pogoda była krystaliczna - mogliśmy podziwiać widoki aż po sam horyzont. Po drodze dołączył do nas wspomniany już wcześniej Jose - Hiszpan, którego dwaj kumple musieli odpuścić. Jose dowiązał się do naszej liny i razem z nami wziął też udział we Mszy Świętej na szczycie. Było strasznie zimno - zamarzło wino w kielichu! Rękawiczki ośmieliłem się zdjąć tylko na Podniesienie i Komunię. Ale warto było! Kto wie, może to pierwsza w historii Msza na Dachu Europy ;-) Przy schodzeniu dopadło mnie totalne osłabienie. Musieliśmy się zatrzymywać co 20 minut i miałem kłopoty z koncentracją (80% wypadków w górach zdarza się przy schodzeniu i ta świadomość wcale nie dodawała mi otuchy). W końcu Paweł zarządził postój na herbatkę przy stalowym schronie Bivouac Vallot (4360m). Wypiłem pół litra i po 20 minutach okazało się, że całe zmęczenie przeszło - tak na własnej skórze poznałem, co to znaczy odwodnić się i stracić przez to siły. Sam Vallot jest o tyle ciekawy, że w zeszłym roku wyremontowano tam toaletę :P za "jedyne" 145 tysięcy Euro! Są w niej nawet baterie słoneczne! Ale nie skorzystaliśmy ;-) Po zejściu do Goutera rozważaliśmy natychmiastowe zejście do cywilizacji, jak to robi wielu, ale stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt padnięci na schodzenie tą odlotową granią. W dodatku pogoda zaczęła się psuć i grzmiało gdzieś na horyzoncie. Tak więc wciągnęliśmy obiadek (zupka chińska na pierwsze danie, pasztecik z puszki z chlebkiem na drugie i Słodka Chwila na deser), uzupełniliśmy płyny (obowiązkowe 2 litry), wetknęliśmy w uszy stopery i za jedyne 25 Euro zapadliśmy w słodki sen, by rano wreszcie zejść do cywilizacji. Schodzenie granią Goutera jest jeszcze bardziej ekstremalne niż wchodzenie. Zajęło nam jakieś 2,5 godziny. Nieco niżej spotkaliśmy "naszych" w słynnym schronie Baraque Forestiere. Całkiem fajne miejsce na nocleg i chyba często nocują tam Polacy (przy wchodzeniu też spotkaliśmy jedną ekipę). Po zejściu do górnej stacji kolejki Tramway du Mont Blanc postanowiliśmy iść wzdłuż torów (jest tam szlak, choć pani z obsługi odradzała nam wędrówkę tą drogą). Szlak przepiękny i warto nim się przejść, tak samo, jak drugą opcją - jeszcze piękniejszą - przez Chal. de l'Are (tamtędy podchodziliśmy - prawdziwie alpejskie łąki i widoki, tylko pół godziny dłuższy niż ten wzdłuż torów). I w zasadzie to już... 4 dni aklimatyzacji, 4 dni ataku szczytowego, 2 dni odpoczynku, czyli szwędania się po Chamonix, wydawania ostatnich Euro w sklepach turystycznych, oraz (a jakże!) w restauracji na żabie udka i ślimaki... mmm, mniam! :-) Wróciliśmy szczęśliwi i dumni z siebie. Choć do tej pory zastanawiamy się, co było większą przygodą - zdobycie najwyższego szczytu Europy, czy nocleg w jamie śnieżnej. Ale to chyba nieważne - jedno i drugie na pewno jest "wyprawą życia".
Data aktywności: 17-08-2008, Autor: Anulka
Była to niezwykła przygoda ponieważ: 1) zdecydowałam się na tą wyprawę praktycznie na 10 dni przed...wcześniej myślałam, aby pojechać na plażę do Brazylii w czasie wakacji :-)...i dobrze, że nie pojechałam na ta plażę 2) dowiedziałam się, że uzyskanie wody ze śniegu nie jest takie łatwe; trzeba mieć dużo śniegu i dużo czasu :-); 3) zobaczyłam jak wygląda świat z innej perspektywy; a wygląda inaczej z poziomu ponad 4800 m.n.p.m;(świetnie zauważalna jest kulistość ziemi). Ponadto można przemyśleć wiele spraw patrząc na nie z całkowicie innej perspektywy; 4) dowiedziałam się, że można wytrzymać bez mycia się 3 dni! 5) Poznałam człowieka o wielkim sercu i niezwykłej wrażliwości



