Wspinaczka
OPIS
OPIS
- Wysokość max: 4810 m n.p.m
- Punkt wyjścia: Courmayeur
- Długość drogi: -
- Trudność: PD
- Czas przejścia: 48 (h)
- Wystawa: -
- Zejście (jak): 2 dni
- Skojarzone nazwy: Mount Blanc
Dzień pierwszy:
Trasa zaczyna się z pięknej włoskiej miejscowości Courmayeur. Wstajemy rano ok 5, a o 6 wchodzimy na szlak. Pierwszym etapem jest dojście do Baru Combal(ok 2tys metrów) przy zlewisku rzek z lodowców, ta trasa zajmie nam ok 1h. Następnie wchodzimy na morenę Lodowca Miage. Na lodowcu szlak z początku prowadzi lewą jego stroną pod skałami, po jakimś czasie natomiast szlak schodzi na środkową część lodowca. Na lodowcu szlak wyznaczają nam kamienne kopczyki. Po minięciu z naszej prawej strony Lodowca Mont Blanc kierujemy za skały i tam w nie wchodzimy. Droga od Baru Combal do wejścia w skały zajmuje ok 3-4 godzin. W tym miejscu kopczyki zamieniają się na żółte kropki malowane na skałach i wg nich kierujemy się ku schronisku Gonella. Szlak jest kręty i niekiedy bardzo stromy. Przecinając małą kaskadę mamy ostatnią szansę by nabrać wody, wyżej będzie już tylko śnieg i lód. Po około 3 godzinach od momentu wejścia w skały docieramy do pięknie położonego schroniska Gonella skąd rozpościera się widok na Lodowiec Miage oraz na Lodowiec Dome.
Dzień drugi:
Wyruszamy ok godziny 4 rano. Jest to ważne by cały Lodowiec Dome przejść w ciemnościach i na grani znaleźć się gdy słońce zacznie na nas świecić.
Wg mapy szlak prowadzi środkiem lodowca, lecz jak wiadomo lodowce cały czas są w ruchu więc nie da się przewidzieć czy trasa będzie zgodna z mapa. Droga na koniec lodowca powinna nam zająć maksymalnie 2h, na grań wchodzimy ok 20-25 minut.
Grań to przede wszystkim spora ekspozycja, więc trzeba poruszać się zdecydowanym krokiem. Na nasz pierwszy 4tysięcznik(Dome du Gouter) wchodzimy po ok 2-3 godzinach. Za nim nasz szlak łączy się ze szlakiem francuskim i stąd wiedzie nas już teoretycznie prosta droga na szczyt. Po połączeniu się dwóch szlaków pierwszym etapem jest dojście do blaszanego schronu Vallot(w 2006/2007 roku był on w remoncie, myślę że teraz powrócił on do swojej pierwotnej formy.) Zajmie nam to ok 2-3 godzin.
Od szczytu dzielą nas już tylko można powiedzieć dwa mniejsze wzniesienia. Droga od Vallota na szczyt zajmuje ok 3 godzin.
Zejście:
Pamiętajmy jednak, że wiele wypadków zdarza się podczas zejść, więc nie lekceważmy tego. Droga ze szczytu do Schroniska Gonella zajmie ok 6 godzin.
Trasa zaczyna się z pięknej włoskiej miejscowości Courmayeur. Wstajemy rano ok 5, a o 6 wchodzimy na szlak. Pierwszym etapem jest dojście do Baru Combal(ok 2tys metrów) przy zlewisku rzek z lodowców, ta trasa zajmie nam ok 1h. Następnie wchodzimy na morenę Lodowca Miage. Na lodowcu szlak z początku prowadzi lewą jego stroną pod skałami, po jakimś czasie natomiast szlak schodzi na środkową część lodowca. Na lodowcu szlak wyznaczają nam kamienne kopczyki. Po minięciu z naszej prawej strony Lodowca Mont Blanc kierujemy za skały i tam w nie wchodzimy. Droga od Baru Combal do wejścia w skały zajmuje ok 3-4 godzin. W tym miejscu kopczyki zamieniają się na żółte kropki malowane na skałach i wg nich kierujemy się ku schronisku Gonella. Szlak jest kręty i niekiedy bardzo stromy. Przecinając małą kaskadę mamy ostatnią szansę by nabrać wody, wyżej będzie już tylko śnieg i lód. Po około 3 godzinach od momentu wejścia w skały docieramy do pięknie położonego schroniska Gonella skąd rozpościera się widok na Lodowiec Miage oraz na Lodowiec Dome.
Dzień drugi:
Wyruszamy ok godziny 4 rano. Jest to ważne by cały Lodowiec Dome przejść w ciemnościach i na grani znaleźć się gdy słońce zacznie na nas świecić.
Wg mapy szlak prowadzi środkiem lodowca, lecz jak wiadomo lodowce cały czas są w ruchu więc nie da się przewidzieć czy trasa będzie zgodna z mapa. Droga na koniec lodowca powinna nam zająć maksymalnie 2h, na grań wchodzimy ok 20-25 minut.
Grań to przede wszystkim spora ekspozycja, więc trzeba poruszać się zdecydowanym krokiem. Na nasz pierwszy 4tysięcznik(Dome du Gouter) wchodzimy po ok 2-3 godzinach. Za nim nasz szlak łączy się ze szlakiem francuskim i stąd wiedzie nas już teoretycznie prosta droga na szczyt. Po połączeniu się dwóch szlaków pierwszym etapem jest dojście do blaszanego schronu Vallot(w 2006/2007 roku był on w remoncie, myślę że teraz powrócił on do swojej pierwotnej formy.) Zajmie nam to ok 2-3 godzin.
Od szczytu dzielą nas już tylko można powiedzieć dwa mniejsze wzniesienia. Droga od Vallota na szczyt zajmuje ok 3 godzin.
Zejście:
Pamiętajmy jednak, że wiele wypadków zdarza się podczas zejść, więc nie lekceważmy tego. Droga ze szczytu do Schroniska Gonella zajmie ok 6 godzin.
Ważne informacje !
Wypróbuj system Emess - Emergency Message jeżeli wyruszasz i chciałbyś zostawić wiadomość gdzie idziesz.
Jeżeli znalazłeś informacje, których szukałeś i jesteś zadowolony z zamieszczonych tutaj artykułów to dodaj swoją Relację jak wrócisz, albo stwórz nowy Opis jeżeli taki jeszcze nie istnieje. Pamiętaj, że nawet sama rejestracja (całkowicie bezpłatna) przyczynia się znacznie do rozwoju serwisu.
Jeżeli znalazłeś błąd, skontaktuj się z nami.
Opis oraz Relacje są subiektywnymi artykułami zamieszczanymi przez użytkowników portalu. Administrator nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne szkody powstałe w wyniku zastosowania się do treści zamieszczonych na portalu Toposfera.pl.
Kto tam był ?
RELACJE
RELACJE
Data aktywności: 03-09-2006, Autor: Cannab
1 Września 2006 godzina 2030 gdzieś na Bielanach wrocławskich żegnamy się z rodzicami przesiadamy się do innych samochodów i ruszamy. Całą drogę myślę tylko o jednym, jak zaplanować wyjście żeby odnieść sukces? Czy w ogóle pogoda pozwoli nam wejść? Mam tylko jedna nadzieję: oby nie wiało. Droga zajmuje nam trochę więcej czasu niż zakładaliśmy. Wszyscy poza nami, mną i kolegą z którym wyruszyłem w górę, postanawiają odpocząć o dzień dłużej. My, kładziemy się spać, wstajemy o 6 rano i zaczynamy wędrówkę. Najpierw 45 minut asfaltem, przychodzi nam na myśl droga nad Morskie Oko, do Baru Combal. 10 minut na pierwszą ziemną grań, i jesteśmy na najdłuższym i chyba najbardziej wrogim alpinistom lodowcu, lodowcu Miag`e. Powierzchnia przypomina nam trochę filmy o marsie. Po 3 godzinach marszu w tym innym świecie widać w końcu upragniony koniec. Jeszcze tylko kilka skoków przez szczeliny i w końcu na skałach. W tym miejscu spotyka nasz dziwna rzecz, tabliczka z napisem stop. Dzwonimy do naszych znajomych i prosimy ich żeby dowiedzieli się, dlaczego szlak jest zamknięty. Po około 2,5 godziny docieramy do schroniska o wdzięcznej nazwie Gonella. Jak się okazuje schronisko jest zamknięte, i to jest powodem zamknięcia szlaku. Nam to nie przeszkadza, bo i tak mamy w planach spać na lodowcu, jakieś 3 godziny drogi od schroniska. Lecz robotnicy, którzy tam pracują okazują się jednak bardzo mili i po dłuższej rozmowie schronisko na wysokości ponad 3000 metrów zostaje naszym domem, jak się później okazało, na 4 dni. Darmowy nocleg, rozmowy z włoskimi robotnikami-alpinistami, jeden z nich jest przewodnikiem alpejskim, picie wina, gotowanie w normalnej kuchni, i wieczorna herbata niewątpliwie wprowadzają nas w alpejski klimat. Chcemy wyjść o 3 w nocy, ale nasi nowi znajomi stwierdzili ze to za późno, według nich powinniśmy wyjść pomiędzy 22 a 24 w nocy? Jak dla nas to chyba bardziej wieczorem niż rano ale idąc za ich rada wstajemy o 23 i wychodzimy o 0030. Włosi jeszcze nie położyli się spać, kiedy my już wstaliśmy. Jeden z nich daje nam dwie papryczki chilli i mówi żebyśmy zjedli je na szczycie i pomyśleli o nim. Powiedzieli nam, oprócz instrukcji co do chilli, ze od 10 dni nie padał śnieg wiec powinno być dobrze. O zgrozo, ale o tym ze przed nami, przez 20 dni nikt nie był na lodowcu to już nas nie poinformowali. Ale to nic. Bierzemy się do roboty i zaczynamy wytyczać szlak na alpejskim lodowcu, biegając miedzy szczelinami, przez niektóre z lenistwa przeskakujemy. Po drodze zatrzymujemy się na krótki odpoczynek, patrzę w lewo i utwierdzam się w przekonaniu, że wybraliśmy chyba najgorsze miejsce z możliwych, serak (element rzeźby lodowcowej, bryła lodu tworząca się w wyniku pękania lodowca, spowodowanego przez jego ruch ponad wybrzuszeniami i uskokami podłoża.), który jest nad nami nie wygląda zbyt pewnie (kiedy po paru godzinach schodzimy okazuje się, że nie wytrzymał, nasze ślady zostają zasypane przez tony lodowych brył śniegu. Przechodzimy to miejsce z duszą na ramieniu, i cieszymy się że przysypało tylko nasze ślady). Pokonując po drodze 70 metrową lodową ścianę, docieramy do pionowego seraka. Wysoki na 15 metrów i jak by mówiący do nas: to nie tędy panowie, pomyliliście lodowiec. Hm, ale czy to możliwe? Przecież dobrze liczyliśmy odnogi lodowca, i wszystko się zgadza, poza ta ścianą, która widać ze ledwo trzyma się razem. I o ironio sięga od ściany do ściany!!! I tu utwierdzamy się ze to nie ten lodowiec. Decyzja jest tylko jedna odwrót. Zejście jest bardzo przygnębiające, nie rozmawiamy zbyt wiele. Dla mnie była to pierwsza próba, dla kolegi trzecia nieudana. Kiedy My walczyliśmy na lodowcu, do schroniska dociera grupa Czechów. Postanawiamy, że w następną noc wyjdziemy razem. Tym razem nie o 24 ale o przyzwoitej 4 rano. Tak aby było już coraz jaśniej, kiedy będziemy szukać tego dobrego lodowca. Nasz sprytny plan wykorzystania braci Czechów legł w gruzach, kiedy zaraz po wejściu na lodowiec jeden z nich zawrócił stwierdzając, że jest zbyt nerwowy. Zabrzmiało to w tym miejscu bardzo ironicznie. I znowu My musieliśmy prowadzić bo bracia stwierdzili, że my już tu byliśmy i będziemy wiedzieć jak iść. Na początku się broniliśmy, ale ich wolne tępo sprawia, że postanawiamy wziąć sprawę w swoje ręce. Po 3 godzinach zaczynam płakać. Wczoraj szliśmy dobrym lodowcem! Przy ścianie dziura robiła się głęboka na 3 metry a ściana jakoś mniej stroma. Pokonujemy ostatnią barierę i jesteśmy na upragnionym platau. Stamtąd wbiegamy na grań, wbiegamy, bo zaczyna nas gonić słońce, a tam gdzie zaczynało świecić, zaczynały spadać po chwili kamienie. Grań doprowadza nas, na wysokość magicznych 4000 metrów. A najgorsze przed nami. Ostra jak nóż grań sprawia wrażenie niedostępnej i groźnej a co tu dopiero mówić o jej przejściu. Ale powoli jakoś się udaje. Dobrze, że nie wieje. Bo z lewej strony widać położone 3000 metrów niżej Chamonix, dalej jest już spokojnie. Docieramy do schronu na wysokości 4400 metrów. Do szczytu jeszcze tylko 400 metrów, 2 godziny. Planowe 2 godziny, przerodziły się w 3,5 godziny, 150 metrów od szczytu postanawiam poczekać bo organizm odmawiał już posłuszeństwa. Kolega wszedł na pierwsza górę i zobaczył wierzchołek. Wrócił kawałek, i zawołał, ze to już nie daleko. Po drodze wyprzedzam Czecha, który wyszedł z nami ze schroniska, idzie już od dawna sam, ubrany w bluzę dresową, wojskowe opinacze, sprawia wrażenie wyrwanego z innej bajki. dochodząc na szczyt łzy lecą z oczu, radość jakiej jeszcze nigdy nie odczułem. Dzwonie do Mamy i Taty, wszyscy są szczęśliwi. 15 37 o tej godzinie stanąłem na szczycie. Późno. Na szczycie przepiękne widoki. Paralotniarze rozpędzają się i skaczą ze szczytu. Na około nic wyższego, dosłownie nic. Zaczynamy schodzić, droga do valota zajmuje nam 30 minut! W drugą stronę 3,5 godziny. Przy schronie jeden czech, Maciej,prosi nas i idzie z nami, drugi zostaje i czeka na resztę swoich towarzyszy. Schodzimy za szczyt Guter i jakoś dziwnie wleczemy nogami. Postanawiamy się zdrzemnąć. Kładziemy się na kurtkach przykrywamy polarami głowy i zasypiamy na 15 minut. Wstajemy i o dziwo wypoczęci jak byśmy spali całą noc zaczynamy schodzić dalej. W połowie grani zatrzymuje mnie jakiś huk, obracam się w prawo i widzę najpotężniejszą jak do tej pory w moim życiu lawinę. Śnieg zmieszany z ziemią mknął z wielką siłą w dół, dobrze, że nie jesteśmy na jej drodze. Jestem pewien że nikt z nas by tego nie przeżył. Pokonujemy całą grań, i w końcu słonce zaczyna zachodzić. Kiedy dochodzimy do platau, jest już ciemno, wyciągamy czołówki. Po drodze nasz szlak jest przecięty kolejną lawiną. Ta widać nie była już taka duża, ale spotkanie z nią na pewno nie było by przyjemne. Schodzenie zaczyna zajmować nam coraz więcej czasu. Docieramy do schroniska, jest prawie 23 wieczorem cała akcja zajęła nam 19 godzin, godzin walki z samym sobą, walki z górą, ale i przepięknych widoków chwilach słabości i wzruszeń. W schronisku poza Czechami, którzy zawrócili, czekali na nas już nasi koledzy. Droga z campingu do schroniska zajęła im 2 dni. Wyszli za późno i nie mogli odnaleźć w ciemnościach drogi w skałach pod schroniskiem. Po nocy spędzonej na skałach, doszli do schroniska i o zgrozo, postanowili iść na szczyt. Nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że musieli przejść lodowiec w pełnym słońcu. I stało się. Jeden z nich wpadł do szczeliny. Wyciągnięcie jednej osoby w sześcioro zajęło im 3 godziny. Wrócili do schroniska i postanowili pójść następnego dnia, dwoje z nich zrezygnowało i zeszli z nami w doliny. Kolega, który wpadł do szczeliny był tym chyba tak przejęty, że schodząc założył kask tył na przód, i szedł tak przez całą drogę.



